Czterdziesta rocznica ogłoszenia
encykliki Humanae vitae obrodziła artykułami na temat papieskiego
dokumentu. Ciekawe teksty (w tym świadectwa małżonków)
zamieścił „Nasz Dziennik” w dwóch kolejnych dodatkach „W
rodzinie”(25 czerwca; 26-27 lipca); serwis www.npr.pl uruchomił specjalny dział
rocznicowy; wreszcie „Tygodnik Powszechny” sprowokował dyskusję
artykułami ks. Jacka Prusaka, Artura Sporniaka i rozmową z o.
Mirosławem Pilśniakiem — odpowiadali na nie miedzy innymi: Tomasz
Terlikowski, Marek Czachorowski, Tadeusz Sławek.
Jezuita ojciec Jacek Prusak w artykule
„Milcząca schizma” („Tygodnik Powszechny” nr 29/2008)
najpierw dokonuje zwięzłej prezentacji stosunku Kościoła do
antykoncepcji na przestrzeni wieków, zatrzymując się
zwłaszcza przy dyskusjach toczonych przez teologów od lat 60.
XX wieku. Następnie otrzymujemy porcję danych statystycznych
(głównie badania amerykańskie), z których wynika, iż
znaczny odsetek katolików na Zachodzie ma poważne problemy z
akceptacją katolickiej etyki małżeńskiej. Na koniec o. Prusak
formułuje zasygnalizowaną w tytule tezę o „milczącej schizmie”,
czyli sytuacji, w której „wielu katolików z powodu
stanowiska Watykanu albo nie przystępuje do spowiedzi, albo
rozstrzyga sprawę w sumieniu i o niej milczy”, przy czym owo
rozdarcie sumienia dotyka według autora również
spowiedników, którzy „chcą być blisko ludzi, ale w
konfesjonale pełnią posługę w imieniu Kościoła”. W ten sposób
powstaje swoisty impas, skłaniający, zdaniem autora artykułu, do
ponownego rozpatrzenia kwestii antykoncepcji w małżeństwie. Nie
formułując propozycji ewentualnych zmian, ks. Prusak jakby
sugerował, że konsekwencją opisanego stanu rzeczy mogłoby być
jakieś niesprecyzowane w tekście „poszerzenie pola działania”
dla małżonków zderzających się w konkretnych sytuacjach
życiowych ze zbyt wymagającą, idealną normą moralną.
Bolesne pęknięcie
Choć trudno się zgodzić z
wynikającymi z artykułu wnioskami, to jednak trzeba przyznać, że
jego autor dotknął jednego z bolesnych miejsc katolickiej
wspólnoty. Niewątpliwie bowiem wielu katolikom — i to
zarówno świeckim, jak i duchownym — z trudem przychodzi
przyjąć, a jeszcze trudniej w praktyce życiowej czy
duszpasterskiej realizować nauczanie Kościoła. Tę schizofreniczną
sytuację zbyt często na co dzień pomija się bezradnym milczeniem
i m.in. dlatego, wydobyta na światło dzienne, rodzi tyle
kontrowersji i tak bardzo rozpala emocje.
Wróćmy jednak do kwestii
podniesionej przez ks. Prusaka. Nie pisze on, jak dalece należałoby
rozszerzyć ramy normy moralnej, natomiast z jego rozważań można
wyciągnąć następujące wnioski ogólne:
-
zarówno samo nauczanie
zawarte w "Humanae vitae", jak i uzasadniająca je argumentacja są
dla katolików trudne do zrozumienia;
-
nie wszyscy teologowie uznają
papieskie nauczanie o antykoncepcji za nieomylne, spierając się o
to, czy norma powinna odnosić się do każdego pojedynczego aktu
małżeńskiego, czy też raczej określać jedynie coś w rodzaju
„zasady podstawowej” rozpatrywanej w odniesieniu do
całościowego stosunku do prokreacji w życiu małżeństwa;
-
wskazywana przez Kościół
droga życia jest zbyt trudna i bywa odbierana jako autorytarna
ingerencja w małżeńską intymność, zaś praktykowanie
dopuszczanych przez Kościół „metod naturalnych” wymaga
ascetycznego heroizmu;
-
należałoby bardziej zaufać
odpowiedzialności samych małżonków i wyborom ich sumień.
Co z tego może wynikać?
Spróbujmy pójść
wskazanym tropem i rozważyć hipotetyczne konsekwencje takiego
rozumowania. Wydaje się, iż zamykają się one w obrębie dwóch
zasadniczych możliwości:
-
Kolejni papieże nie mylili się,
sprzeciwiając się jakimkolwiek formom antykoncepcji, zatem
obiektywna norma obowiązuje wszystkich katolików,
niezależnie od okoliczności i motywów.
-
Takie stanowcze nauczanie rozmija
się z obiektywną prawdą, a to oznacza konieczność jego zmiany.
Jeśli z kolei przyjmiemy drugie
stwierdzenie, trzeba logicznie przyznać, że pojawia się
alternatywa:
-
albo Kościół w całości
pozostawi kwestię sposobu postępowania i usprawiedliwienia
stosowania dowolnego rodzaju antykoncepcji małżonkom (trudno sobie
jednak wyobrazić tak daleko idącą rewizję nauczania, bowiem
godziłaby ona w same fundamenty etyki chrześcijańskiej),
-
albo też dokona się akceptacja
niektórych praktyk antykoncepcyjnych, uzależniona od
okoliczności i/lub motywacji małżonków.
Hipotetyczne pierwsze rozwiązanie,
choć oczywiście nie zamyka dyskusji i nie rozwiązuje licznych
problemów, to radykalnie rozwiązuje drażliwą kwestię. Z
kolei drugie prowokuje do postawienia kolejnych pytań, np.:
-
jakie rodzaje antykoncepcji można
by dopuścić (trudno sobie wyobrazić, by Kościół mógł
zaakceptować np. środki hormonalne czy wkładki domaciczne, bowiem
niektóre z mechanizmów ich działania skutkują
pozbawieniem życia poczętej istoty ludzkiej w najwcześniejszym
stadium jej rozwoju) — w praktyce wchodziłaby zatem pewnie w grę
zgoda na posłużenie się wyłącznie środkami barierowymi, czyli
pójście drogą wyznaczoną w 1930 roku przez anglikanów
podczas konferencji w Lambeth;
-
w jakich okolicznościach
(społecznych, zdrowotnych, materialnych) byłoby usprawiedliwione
sięgnięcie po środki inne niż naturalne rozpoznawanie płodności?
-
jaką motywacją mieliby się
kierować małżonkowie odwołujący się mimo wszystko do
antykoncepcji?
Gdyby chcieć praktycznie odpowiedzieć
na powyższe pytania, znowu należałoby wybrać jedno z dwóch
rozwiązań: można pozostawić te dylematy wyłącznie sumieniu
małżonków lub też trzeba sporządzić coś w rodzaju
„katalogu” dopuszczalnych środków, okoliczności oraz
motywów lub też sformułować jakieś zastrzeżenia
graniczne. Jak więc widać, tego rodzaju „poszerzenie pola
działania”, zamiast sprawę upraszczać, stwarza kolejne problemy,
takie jak choćby kwestia uznania etyki sytuacyjnej czy dopuszczenia
subiektywizmu w autonomicznym kreowaniu ocen moralnych. Zdając sobie
z tego sprawę, krytycy "Humanae vitae" poddają więc częściej w
wątpliwość obiektywną nierozerwalność podwójnego —
jednoczącego i prokreacyjnego — sensu aktu małżeńskiego,
postulują zmianę spojrzenia na hierarchię i wzajemną zależność
celów małżeństwa czy wreszcie proponują, uwzględnianie
proporcji pomiędzy pojmowanym całościowo „otwarciem na życie”
w pożyciu małżeńskim a decyzjami dotyczącymi poszczególnych
aktów seksualnych.
Uczyć się na błędach innych
Z tymi samymi dylematami próbowali
w roku 1930 zmierzyć się uczestnicy VII Konferencji w Lambeth —
najważniejszego gremium Kościoła anglikańskiego (więcej na ten
temat w artykule: Konferencja w Lambeth. Co wydarzyło się w roku
1930?, „Głos dla Życia” nr 5/2007, dostępny także w serwisie
www.npr.pl). Wybierając odejście od stanowczego sprzeciwu wobec
antykoncepcji, jej uczestnicy, jak można wnioskować z tekstu
rezolucji oraz z zapisu dyskusji, działali w dobrej wierze. Kto
jednak pamięta dziś, że warunkowemu dopuszczeniu antykoncepcji w
rezolucji z Lambeth towarzyszyły następujące przestrogi i
obwarowania:
„Gdy istnieje wyraźnie odczuwane
moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa
(...) pierwszą i oczywistą metodą jest całkowite powstrzymanie
się od zbliżeń (tak długo, jak to konieczne) w karności i
samokontroli przeżywanych w mocy Ducha Świętego. (...) Konferencja
wyraża zgodę na zastosowanie innych metod, pod warunkiem zachowania
tych samych zasad chrześcijańskich. Konferencja odnotowuje
zdecydowane potępienie dla stosowania jakichkolwiek form kontroli
poczęć z powodu egoizmu, dążenia do bogactwa lub zwykłego
wygodnictwa.”
Z kolei w zapisie dyskusji
poprzedzającej przyjęcie ostatecznego dokumentu anglikańscy
biskupi stwierdzili:
„Podstawowym i najbardziej oczywistym
sposobem radzenia sobie z okolicznościami wymagającymi ograniczenia
rodzicielstwa jest całkowite powstrzymanie się od zbliżeń, nawet
jeśli miałoby ono trwać przez długi czas. Dla tych, którzy
decydują się na taką wstrzemięźliwość i przyjmują Bożą
łaskę, jest ona sposobnością do szczególnego ćwiczenia
się w chrześcijańskiej miłości i zaparciu się siebie. (...) Z
pewnością nie jesteśmy w stanie sformułować pełnej listy
warunków dających moralne podstawy do unikania poczęcia.
Jednak, jak nam się wydaje, najważniejsza jest następująca
zasada: dzieci są podstawowym celem współżycia
małżeńskiego. (...) W kwestiach dotyczących seksu bardzo łatwo o
samooszukiwanie się. Nie wolno więc zapominać, że w tej
dziedzinie, podobnie jak we wszystkich relacjach, Chrystus wzywa do
heroizmu, do którego Jego słudzy są zdolni dzięki Jego
mocy.”
Co więcej, konferencja w Lambeth
postulowała nawet wprowadzenie zakazu eksponowania w sprzedaży
środków antykoncepcyjnych, zakaz ich reklamy oraz
ograniczenie ich dostępności, a ponadto wskazywała dokładnie
takie same niebezpieczeństwa upowszechnienia się antykoncepcji, jak
te, o których mówi w "Humane vitae" Paweł VI: pokusa
niewierności małżeńskiej, upadek obyczajów, osłabienie
woli samodoskonalenia się oraz stępienie wrażliwości etycznej
młodzieży. „Należy również obawiać się i tego —
pisał Paweł VI — że mężczyźni, przyzwyczaiwszy się do
stosowania praktyk antykoncepcyjnych, zatracą szacunek dla kobiet i
lekceważąc ich psychofizyczną równowagę, sprowadzą je do
roli narzędzia, służącego zaspokajaniu swojej egoistycznej żądzy,
a w konsekwencji przestaną uważać je za godne szacunku i miłości
towarzyszki życia. Trzeba wreszcie pilnie rozważyć i to, jak
bardzo niebezpieczne możliwości przyznałoby się w ten sposób
kierownikom państw, nie troszczącym się o prawa moralne. Któż
mógłby wtedy obwinić władzę państwową o stosowanie w
skali całego społeczeństwa takich rozwiązań, które
przyznano by małżonkom, jako godziwe w rozwiązywaniu problemów
występujących w poszczególnych rodzinach?” (HV, 17)
Mimo tej dobrej wiary i szeregu
zastrzeżeń, decyzja anglikanów okazała się po latach
furtką otwierającą drogę do bezkrytycznej akceptacji wszelkich
form antykoncepcji jako rzekomej alternatywy dla aborcji, do
stępienia moralnego oporu wobec zabijania poczętych dzieci w łonach
matek, zaś niedawno Kościół anglikański stanął wobec
zagrożenia rozłamu na tle stosunku do związków
homoseksualnych oraz wyświęcania na duchownych a nawet na biskupów
aktywnych homoseksualistów.
Intuicja protestantów
Przy okazji warto może wspomnieć o
interesującym, choć pewnie mającym znaczenie marginalne fakcie. Na
początku sierpnia Katolicka Agencja Informacyjna opublikowała
streszczenie artykułu z amerykańskiego dziennika „Austin American
Statesman”, w którym opisano historie należących do
różnych amerykańskich wspólnot protestanckich
małżeństw odkrywających wartość w katolickiej etyce małżeńskiej
i rezygnujących z antykoncepcji oraz praktykujących w zamian
naturalne metody rozpoznawania płodności. Np. Megan Tietz,
baptystka, dzieląc się swymi doświadczeniami, pisze: „Dla mnie
najpoważniejszym zastrzeżeniem wobec antykoncepcji hormonalnej jest
to, że jej używanie świadczy o tym, iż nie zaufałam Bogu we
wszystkich obszarach mojego życia.” Z kolei państwo Taylorowie z
niezależnej protestanckiej wspólnoty Hope Chapel mówią:
„W przeciwieństwie do pigułki, której działanie polega na
wymuszeniu zmian w naturalnym systemie, naturalne planowanie rodziny
polega na wspieraniu tego systemu poprzez pozostawanie z nim w
harmonii. To tak jakby poddać się nurtowi. Są w tym mądrość i
prawda, które bardzo cenię”.
Na dodatek o tym coraz wyraźniej
obserwowanym wśród protestantów zjawisku opowiada
należąca do Kościoła metodystycznego pastor Amy Laura Hall, która
stwierdza nawet, że wielu protestantów szukających porady w
wątpliwościach związanych z rodzicielstwem może od swoich
pastorów usłyszeć, że „muszą być szaleni i
nieodpowiedzialni, rezygnując ze stosowania pigułek”.
Powie ktoś, że osobiste wybory
pojedynczych protestantów z amerykańskiej prowincji są
nieistotne dla dyskusji toczonej wokół "Humanae vitae". Ale
może lepiej zastanowić się nad tą intuicją ludzi wychowanych w
społeczeństwie powszechnie aprobującym antykoncepcję, niż
powtarzać cudze pomyłki i doczekać się duszpasterzy zdumionych,
ze jacyś dziwacy chcą obserwować śluz i temperaturę.
Jakie są cele małżeństwa?
Artykuł ks. Jacka Prusaka prowokuje
również do kilku innych uwag. Np. podsumowując fragment
streszczający ewolucję poglądów na hierarchię celów
małżeństwa i pisząc o konstytucji Gaudium et spes, autor
stwierdza, iż jako „podstawową i centralną wartość tego
sakramentu” przyjęła ona miłość, która — tu następuje
cytat z dokumentu soborowego: „wiążąc z sobą czynniki boskie i
ludzkie, prowadzi małżonków do dobrowolnego wzajemnego
oddawania się sobie, które wyraża się w czułych uczuciach
i aktach oraz przenika całe ich życie”. Od siebie zaś ks. Prusak
dodaje: „Małżeństwo nabrało blasku” — lecz nie bardzo
wiadomo, jaki sens kryje się w tej poetyckiej formule.
To prawda, że sobór wydobył z
cienia tak rozumianą wartość małżeńskiej miłości, jednakże w
wyniku dokonanego przez ks. Prusaka pominięcia czy skrótu
myślowego może powstać mylne wyobrażenie, że cel prokreacyjny
został przesunięty na drugi plan, podczas gdy w obszernym
fragmencie Gaudium et spes (punkty 48, 49 i 50), afirmując miłość
małżonków, ojcowie soborowi kilkakrotnie podkreślają, iż
to właśnie rodzicielstwo jest najważniejszym jej celem oraz nadaje
jej sens — zacytujmy: „Z samej zaś natury swojej instytucja
małżeńska oraz miłość małżeńska nastawione są na rodzenie i
wychowywanie potomstwa, co stanowi jej jakby szczytowe uwieńczenie.
(...) Dlatego prawdziwy szacunek dla miłości małżeńskiej i cały
sens życia rodzinnego zmierzają do tego, żeby małżonkowie, nie
zapoznając pozostałych celów małżeństwa, skłonni byli
mężnie współdziałać z miłością Stwórcy i
Zbawiciela, który poprzez nich wciąż powiększa i wzbogaca
swoja rodzinę.”
Konstytucja stwierdza równocześnie,
iż owej szczególnej wartości nie odbiera miłości
małżeńskiej brak upragnionego i oczekiwanego potomstwa. To jednak
nie to samo, co świadome uchylanie się od rodzicielstwa, nawet w
imię szczytnego ideału pielęgnowania „czułych uczuć i aktów”.
Przezwyciężyć ignorancję
Można się też zastanawiać, czy ks.
Prusak nie nadużył pojęcia „nieprzezwyciężalnej ignorancji”,
wyciągając z poglądu Hansa Ursa von Balthasara wniosek, że
określany tym terminem poziom świadomości można przypisać
katolikom, którzy są „tak zmanipulowani przez współczesną
kulturę i jej wyobrażenia na temat miłości i seksualności, że
nie są w stanie wczuć się w ducha autentycznego katolickiego
nauczania o małżeństwie”. Szwajcarski teolog miał stwierdzić,
iż wyłącznie katolicy i to ci nieliczni, praktykujący okresową
wstrzemięźliwość są w stanie zrozumieć papieskie nauczanie.
Problem w tym, że zarówno w
encyklice Jana Pawła II Veritatis splendor, w Katechizmie Kościoła
katolickiego, jak i w odwołującym się do nich Vademecum dla
spowiedników o niektórych zagadnieniach moralnych
dotyczących życia małżeńskiego mówi się o niezawinionej
„niepokonalnej ignorancji” jako o okoliczności uwalniającej od
przypisywania grzechu obciążonego nią sprawcy:
„Jest zasadą, że nie jest
konieczne, by spowiednik pytał o grzechy popełnione z powodu
niepokonalnej ignorancji dotyczącej grzesznej natury tych czynów,
lub popełnione z powodu niezawinionego błędu zaistniałego w
osądzie sumienia. Jakkolwiek tych grzechów nie przypisuje się
moralnie ich sprawcy, jednakże nie przestają być jakimś złem i
nieładem. To odnosi się także do obiektywnego zła antykoncepcji:
wnosi ona do intymnego życia małżonków zły nawyk [nałóg].
(...) Z drugiej strony jest nie do przyjęcia pretensjonalne
roszczenie, by z własnej słabości uczynić kryterium prawdy
moralnej. Już od pierwszego orędzia Chrystusa chrześcijanin
zauważa, że zachodzi pewna «dysproporcja» między
prawem moralnym, naturalnym i ewangelicznym, a możliwościami
człowieka. Równocześnie pojmuje, że uznanie własnej
słabości jest bezpieczną i konieczną drogą do otwarcia się na
prawo Boże.”
Rodzi się pytanie, czy ów stan
„zmanipulowania” nie jest najczęściej wynikiem intelektualnej i
duchowej dezercji, zważywszy, że dostęp do objaśniających
naukę Kościoła publikacji o charakterze czy to naukowym, czy też
popularyzatorskim jest dziś praktycznie nieograniczony (warto tu
polecić choćby książkę Christophera Westa: Dobra nowina o seksie
i małżeństwie).
Samopoczucie Johna Rocka
Ks. Prusak wspomina też o wynalazcy
antykoncepcyjnej pigułki hormonalnej, ponoć katoliku, który
do końca swoich dni trwał w przekonaniu, że oddał ludzkości
chrześcijańską przysługę. Trzeba jednak pamiętać, że w latach
60. euforia związana z tym wynalazkiem miała podłoże w zwykłej
niewiedzy na temat wszystkich skutków stosowania antykoncepcji
hormonalnej. Ówczesne pigułki, z taką zawartością
hormonów, nie znalazłyby dziś miejsca na rynku. Gdy więc
wspomina się o członkach watykańskiej komisji rekomendujących
papieżowi zgodę na antykoncepcję, nie wolno zapominać, że to
właśnie oni mogli w tym względzie być ofiarami własnej
„niepokonalnej ignorancji”, co być może częściowo zdejmuje z
nich winę, ale nie zmienia faktów, podobnie jak nie ma
żadnego znaczenia dobre samopoczucie Johna Rocka (na marginesie: nie
był on samodzielnym wynalazcą pigułki, lecz członkiem zespołu
współpracowników zmarłego w roku 1967 Gregory'ego
Pincusa).
Na koniec warto byłoby jeszcze
zaproponować pełniejsze niż zaprezentowane przez ks. Prusaka
rozumienie korzystania przez Kościół z doświadczenia
wiernych (laicorum experientia). Trzeba nie tylko pochylać się nad
wyrażanymi głośno rozterkami wątpiących — nie można również
pomijać pozytywnych doświadczeń i postaw licznych małżeństw.
Wypada także pamiętać o milczącej, a często zdezorientowanej
rzeszy tych, którzy bardziej niż błądzenia po etycznych
labiryntach szukają u duszpasterzy życzliwego duchowego
towarzyszenia i mądrego stawiania wymagań.
Maciej Tabor
|